Nie miała ostrza, nie nosiła miecza i sama nie zapaliła żadnego stosu, a jednak trudno znaleźć drugą książkę, która tak mocno wpłynęła na sposób, w jaki przez kolejne pokolenia wyobrażano sobie czarownice, demony i ludzi podejrzewanych o kontakty z diabłem.
Malleus Maleficarum, czyli Młot na czarownice, pojawił się pod koniec XV wieku i nie był zwykłym zbiorem opowieści o magii, ponieważ łączył teologię dotyczącą czarów z bardzo praktycznymi wskazówkami dotyczącymi prowadzenia śledztwa, przesłuchiwania podejrzanych oraz doprowadzania do ich skazania. Właśnie to połączenie okazało się szczególnie niebezpieczne: wyobrażenie o czarownicy przestawało należeć wyłącznie do świata ludowych lęków, a zaczynało otrzymywać strukturę, argumentację i procedurę.
Dwaj dominikanie i książka o diable

Tradycyjnie autorstwo Malleus Maleficarum przypisuje się dwóm dominikanom — Heinrichowi Kramerowi i Jakobowi Sprengerowi — choć współcześni badacze spierają się o rzeczywisty udział tego drugiego, a Kramer pozostaje bezsprzecznie głównym autorem dzieła. Księga ukazała się drukiem około 1486–1487 roku i szybko zaczęła krążyć po Europie, gdzie kolejne wydania utrwalały przedstawiony w niej obraz czarownictwa.
Nie chodziło przy tym o niewinne historie opowiadane przy ogniu. Czary przedstawiano jako rzeczywiste zagrożenie, związane z wyrzeczeniem się wiary, kontaktami z demonami oraz działaniem diabła, a autor nie poprzestał na tłumaczeniu, kim rzekomo była czarownica — wyjaśniał również, jak należy jej szukać, przesłuchiwać ją i osądzać.
I tutaj historia robi się znacznie mroczniejsza.
Najpierw trzeba było uwierzyć, że czarownice istnieją
Żeby rozpocząć polowanie, nie potrzeba było jeszcze stosu. Najpierw należało stworzyć świat, w którym nieszczęście nie było przypadkiem, choroba mogła mieć sprawcę, nieurodzaj można było komuś przypisać, a konflikt pomiędzy sąsiadami mógł zostać przeniesiony z poziomu zwykłej kłótni do świata diabła, klątw i czarów.
Malleus Maleficarum nie stworzył tych wierzeń od zera, ponieważ wyobrażenia o magii, demonach i szkodliwych czarach istniały znacznie wcześniej, lecz zebrał wiele z nich w jeden system i połączył z praktyką sądową. Co szczególnie istotne, polowania na czarownice również nie zaczęły się wraz z wydaniem tej księgi, jednak badania wskazują, że drukowane podręczniki tego rodzaju pomagały rozpowszechniać zarówno określony obraz czarownictwa, jak i metody jego ścigania.
Od tej chwili strach miał już nie tylko twarz.
Miał instrukcję obsługi.
Gdy podejrzenie zaczynało wystarczać
Mechanizm był szczególnie groźny tam, gdzie dopuszczano tortury, ponieważ człowiek postawiony przed sądem nie musiał już jedynie odpowiadać na pytanie, czy dopuścił się konkretnego czynu — mógł zostać zmuszony do tłumaczenia się z rzeczy, których samo istnienie przyjmowano wcześniej za prawdziwe.
Jeżeli przesłuchujący wierzył w sabaty, kontakty z demonami i spiski czarownic, zeznania zaczynały potwierdzać świat, który istniał już w jego głowie. Tortury mogły prowadzić do wymuszonych przyznań się do winy oraz wskazywania kolejnych rzekomych wspólników, przez co jedno oskarżenie potrafiło uruchamiać następne. Trzeba jednak pamiętać, że procedury różniły się w zależności od miejsca i okresu, a procesy o czary prowadziły zarówno sądy kościelne, jak i świeckie; w części krajów centralne instytucje kościelne wręcz ograniczały lokalne polowania.
To ważne, ponieważ prawdziwa historia jest wystarczająco ponura i nie trzeba jej poprawiać legendą, według której każdy proces wyglądał identycznie.
Od sądu bożego do procesu czarownicy
Mechanizm, który pozwalał wierze zastępować dowód, Europa znała jednak dużo wcześniej.
Pisaliśmy już o tym w artykule „Sądy boże”, gdzie oskarżony mógł zostać poddany próbie, której wynik interpretowano jako ujawnienie woli Boga. Próba gorącego żelaza, wrzątku czy inne ordalia nie badały faktów w dzisiejszym rozumieniu procesu sądowego, lecz zakładały, że prawda może zostać odsłonięta dzięki ingerencji siły nadprzyrodzonej.
Malleus Maleficarum należał już do innego świata prawnego, lecz pewna zasada pozostała niepokojąco znajoma: najpierw uznawano istnienie niewidzialnej rzeczywistości, a później budowano procedurę pozwalającą odnaleźć w niej winnego.
W sądzie bożym oczekiwano znaku od Boga. W procesie o czary szukano śladów diabła.
Zmieniała się metoda, ale człowiek stojący przed sądem nadal mógł znaleźć się w sytuacji, w której musiał bronić się przed czymś, czego nie sposób było udowodnić ani zaprzeczyć według reguł, które uznalibyśmy dzisiaj za racjonalne.
Książka nie rozpalała stosów sama
I właśnie tutaj trzeba oddzielić historię od późniejszego mitu.
Nie można uczciwie policzyć ofiar Malleus Maleficarum ani powiedzieć, że wszystkie europejskie polowania na czarownice były skutkiem jednej książki. Procesy odbywały się przez długi czas, w różnych państwach i systemach prawnych, a po reformacji oskarżenia o czary występowały zarówno na terenach katolickich, jak i protestanckich. Sama księga nie była też jednym obowiązującym w całym Kościele kodeksem postępowania.
To jednak nie czyni jej niewinną ciekawostką stojącą na półce średniowiecznej biblioteki.
Jej znaczenie polegało właśnie na tym, że porządkowała lęk, nadawała mu pozory wiedzy i dostarczała praktycznych metod ludziom, którzy chcieli odnajdywać czarownice w rzeczywistym świecie. Była wielokrotnie drukowana, jej idee krążyły po Europie, a jej wpływ można odnaleźć zarówno w późniejszych tekstach demonologicznych, jak i praktyce procesów o czary.
Najgroźniejsze było to, że uwierzono
Można dziś otworzyć Malleus Maleficarum i potraktować opisy demonów, sabatów czy kontaktów z diabłem jak ponury dokument epoki, od której dzielą nas całe stulecia. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy przypomnimy sobie, że dla części ówczesnych czytelników nie była to fantastyka, lecz próba opisania rzeczywistości, za którą mogły pójść oskarżenie, proces i wyrok.
Dlatego historia tej księgi nie jest przede wszystkim historią demonów.
Jest historią ludzi, którzy stworzyli ich opis, ludzi, którzy uznali ten opis za prawdziwy, oraz tych, których później próbowano dopasować do zapisanych wcześniej wyobrażeń.
Bo książka sama nie potrzebowała ani miecza, ani ognia. Wystarczyło, że znalazł się ktoś, kto uwierzył, że napisano w niej prawdę.



