Kiedy myślimy o wojownikach, którzy we wczesnym średniowieczu przemierzali Bałtyk, napadali na nadmorskie miasta i wracali do domu z łupami, niemal automatycznie przychodzą nam do głowy wikingowie. Taki obraz utrwaliły szkoła, książki, filmy i seriale, więc łatwo odnieść wrażenie, że mieszkańcy Skandynawii byli na północnych morzach stroną aktywną, podczas gdy Słowianie pozostawali gdzieś na drugim brzegu, zajęci własnymi osadami, rolnictwem i lokalnymi konfliktami. Problem w tym, że historia nie była aż tak jednostronna.
W pierwszej połowie XII wieku słowiańska flota wypłynęła z południowego wybrzeża Bałtyku, dotarła do Norwegii i zaatakowała Kungahällę, ważny wówczas ośrodek handlowy i polityczny. Wyprawą dowodził pomorski książę Racibor I, a samo przedsięwzięcie było na tyle duże i dobrze zorganizowane, że trudno traktować je jako przypadkowy wypad kilku łodzi szukających łatwego łupu. Co ciekawe, choć wydarzenie zostało opisane w źródłach i jest przedmiotem badań historyków, nazwisko Racibora dla większości Polaków pozostaje zupełnie obce.
Bałtyk nie należał tylko do wikingów

Słowian zamieszkujących południowe wybrzeża Bałtyku często przedstawia się przede wszystkim jako ludność osiadłą, tymczasem morze było dla nich zarówno szlakiem handlowym, jak i przestrzenią działań wojennych. Pomorzanie oraz inni Słowianie nadbałtyccy posiadali własne jednostki, potrafili organizować wyprawy morskie i nie ograniczali się do obrony własnych wybrzeży. Kontakty ze Skandynawią oznaczały handel i wymianę, ale również konflikty, najazdy oraz wyprawy łupieżcze, które prowadziły na ziemie dzisiejszej Danii, Szwecji i Norwegii.
Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy teraz zamienić jedną legendę na drugą i stworzyć sobie obraz „słowiańskich wikingów”. Chodzi raczej o coś prostszego: świat Bałtyku był znacznie bardziej skomplikowany, niż wynikałoby z popularnego obrazu epoki, a kierunek najazdów nie zawsze prowadził ze Skandynawii na południe. Czasami to mieszkańcy północy patrzyli na morze i widzieli nadciągające ku nim obce żagle.
Dobrym przykładem tego, jak zmienne były wówczas role, jest Arkona na Rugii, o której pisałem już wcześniej. Kilkadziesiąt lat po wyprawie Racibora sytuacja wyglądała zupełnie inaczej: w 1168 roku to Duńczycy pod wodzą króla Waldemara I zdobyli słowiańską Arkonę, a znajdujące się tam sanktuarium Świętowita zostało zniszczone. Raz słowiańskie okręty płynęły ku Skandynawii, innym razem skandynawskie pojawiały się u słowiańskich brzegów.
Racibor rusza na północ
Na czele wyprawy na Kungahällę stał Racibor I z dynastii Gryfitów, książę pomorski, którego panowanie przypadło na okres bardzo skomplikowanych stosunków pomiędzy Pomorzem, Polską, Danią, Cesarstwem i krajami skandynawskimi. W wyprawie uczestniczyli Pomorzanie, choć badacze dopuszczają również udział innych Słowian nadbałtyckich. Sam fakt, że tak duża flota mogła przepłynąć kilkaset kilometrów, dotrzeć do konkretnego celu na norweskim wybrzeżu i przeprowadzić skoordynowany atak, sporo mówi o możliwościach organizacyjnych ludzi, których rzadko kojarzymy z dalekimi wyprawami morskimi.
Ze średniowiecznymi opisami trzeba jednak uważać, szczególnie gdy zaczynają pojawiać się imponujące liczby. Przekaz zachowany w Heimskringli Snorriego Sturlusona przedstawia ogromną flotę i tysiące wojowników, lecz współcześni badacze nie przyjmują tych danych bez zastrzeżeń. Roman Zaroff, który szczegółowo analizował najazd, uznał za bardziej prawdopodobny udział około 50–70 jednostek i 1000–1500 ludzi. To znacznie mniej niż w opowieści sagowej, ale nadal wystarczająco dużo, by mówić o poważnej ekspedycji wojennej, a nie o niewielkiej wyprawie rabunkowej.
1135 czy 1136 rok?
Jeżeli zaczniecie szukać informacji o wyprawie Racibora, szybko zauważycie, że pojawiają się dwie daty. W polskich opracowaniach można znaleźć rok 1136 i właśnie tak datuje wydarzenie między innymi Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, natomiast część badaczy, w tym Zaroff, po analizie chronologii przekazów opowiada się za rokiem 1135.
Nie ma sensu tego sporu ukrywać ani wybierać wygodniejszej daty tylko dlatego, że lepiej wygląda w tytule. Przy wydarzeniach sprzed prawie dziewięciu stuleci takie rozbieżności nie są niczym niezwykłym, a dla samej historii wyprawy ważniejsze jest to, że źródła opisują rzeczywiste dotarcie słowiańskiej floty do Kungahälli oraz atak na miasto.
Kungahälla — cel wart dalekiej podróży
Kungahälla nie była przypadkową osadą, którą Racibor napotkał po drodze. Leżała w ważnym miejscu i należała do znaczących ośrodków ówczesnej Norwegii, a jej położenie oraz funkcja handlowa sprawiały, że stanowiła atrakcyjny cel dla wyprawy nastawionej na zdobycie łupów. Jeżeli właśnie bogactwo miasta było głównym powodem ataku — a taką możliwość poważnie bierze się pod uwagę — wybór celu przestaje dziwić.
Spróbujmy jednak na chwilę zapomnieć o datach i nazwiskach, bo sam obraz musiał być niezwykły. Mieszkańcy skandynawskiego miasta patrzą na wodę, na której pojawiają się kolejne okręty, tyle że tym razem nie jest to flota ich sąsiadów ani wojowników ruszających ze Skandynawii na południowe wybrzeża Bałtyku. To Słowianie przypłynęli do nich.
Według przekazu napastnicy podzielili siły, część wojowników wysadzili na ląd i rozpoczęli działania przeciwko miastu, a gdy Norwegowie próbowali przyjść Kungahälli z pomocą, doszło również do starcia z ich oddziałami. Ostatecznie obrońcy schronili się w umocnionej części miasta, gdzie stawili opór nacierającym wojskom. Szczegóły znamy przede wszystkim z późniejszej Heimskringli, dlatego trzeba pozostawić margines dla kronikarskich ozdobników, ale sam obraz dużej słowiańskiej wyprawy i zdobycia miasta znajduje oparcie w źródłach.
Miasto zostało zdobyte
Obrona Kungahälli nie zakończyła się po pierwszym ataku, a przekaz opisuje kolejne próby przełamania umocnień oraz propozycję poddania miasta, której mieszkańcy mieli początkowo nie przyjąć. W końcu jednak obrona została złamana, a Słowianie weszli do środka, po czym rozpoczęło się plądrowanie miasta. Zabierano kosztowności i towary, część zabudowy została zniszczona, a mieszkańców zabijano lub uprowadzano w niewolę. To brutalna część tej historii, ale trudno ją pomijać tylko dlatego, że burzy romantyczny obraz dawnych wojowników.
Nie ma też potrzeby przedstawiać Racibora jako jakiegoś zapomnianego słowiańskiego superbohatera. Ludzie uczestniczący w tej wyprawie robili dokładnie to, co podczas podobnych najazdów robili inni średniowieczni wojownicy: atakowali, zdobywali łupy i brali jeńców. Różnica polega na tym, że kiedy słyszymy podobną historię o wikingach, nie wydaje nam się ona niczym niezwykłym, natomiast informacja o słowiańskiej flocie plądrującej norweskie miasto dla wielu osób brzmi jak coś, co nie pasuje do znanej im historii.
A jednak właśnie się w niej wydarzyło.
Dlaczego popłynęli tak daleko?
Historycy próbowali łączyć wyprawę z większą polityką regionu, bo Racibor działał przecież w świecie, w którym interesy Pomorza przeplatały się z interesami Polski, Danii, Cesarstwa i państw skandynawskich. Nie można więc wykluczyć politycznego tła wyprawy, ale istnieje również wyjaśnienie znacznie bardziej przyziemne: Kungahälla była bogata, a sytuacja w Norwegii stwarzała możliwość skutecznego ataku.
Zaroff zwraca uwagę właśnie na ekonomiczny charakter przedsięwzięcia, co sprawia, że cała historia staje się jeszcze ciekawsza. Jeżeli Racibor popłynął przede wszystkim po łupy, nie mamy do czynienia z jakąś wyjątkową „słowiańską misją”, lecz z tym samym mechanizmem, który znamy z niezliczonych opowieści o skandynawskich wyprawach. Kto miał statki, ludzi, informacje o bogatym celu i możliwość wykorzystania słabości przeciwnika, ten ruszał po zdobycz.
Tym razem byli to Słowianie.
Dlaczego o tym nie uczono nas w szkole?
I tu dochodzimy do rzeczy, która dla mnie jest równie ciekawa jak sama wyprawa. Można oczywiście powiedzieć, że szkolny program nie pomieści wszystkich wydarzeń, a nauczyciel ma zaledwie określoną liczbę godzin, żeby przeprowadzić uczniów przez setki lat historii. To prawda i nikt rozsądny nie oczekuje, że uczeń będzie znał każdą średniowieczną bitwę, każdego księcia i każdy najazd.
Tylko że Kungahälla nie jest ciekawa wyłącznie dlatego, że pewnego dnia Racibor zdobył jakieś norweskie miasto. Ta historia pokazuje coś znacznie większego: Słowianie nadbałtyccy również budowali floty, odbywali dalekie wyprawy morskie i potrafili zaatakować Skandynawię, a więc obraz średniowiecznego Bałtyku, który większość z nas nosi w głowie, jest zwyczajnie niepełny.
W obecnej podstawie programowej historii dla szkoły podstawowej znajdziemy początki państwa polskiego, Mieszka I, Bolesława Chrobrego i najważniejsze wydarzenia związane z kształtowaniem się państwa Piastów; pojawiają się również, jako treści dodatkowe, plemiona słowiańskie. Wyprawy Racibora na Kungahällę tam jednak nie znajdziemy. To samo w sobie nie jest jeszcze dowodem, że ktoś usiadł przy biurku i postanowił celowo wymazać tę historię, ale skutek jest łatwy do zauważenia: kolejne pokolenia kończą szkołę, wiedząc całkiem sporo o wyprawach wikingów, a często nie mając pojęcia, że Słowianie potrafili robić dokładnie to samo.
I właśnie tutaj zaczynam mieć problem z wygodnym tłumaczeniem, że „nie da się uczyć wszystkiego”. Oczywiście, że się nie da, ale przecież zawsze coś wybieramy. To, co trafia do podręczników i szkolnych programów, z czasem staje się dla ludzi obrazem historii, natomiast to, czego tam zabrakło, pozostaje domeną pasjonatów i specjalistów. Jeżeli przez lata pokazujemy skandynawskich wojowników przemierzających morza, a praktycznie nie pokazujemy podobnej aktywności Słowian, trudno później dziwić się, że jednych wyobrażamy sobie jako żeglarzy i zdobywców, a drugich głównie jako mieszkańców drewnianych osad.
Nie zamierzam przy tym wymyślać dokumentu, którego nie mamy, i twierdzić, że ktoś wydał polecenie: „o Raciborze nie wolno mówić”. Jeśli kiedyś znajdziemy dowody świadczące o świadomym usuwaniu takich historii z edukacji, wtedy będzie można powiedzieć to wprost. Dziś możemy powiedzieć coś, czego udowadniać właściwie nie trzeba: ta historia istnieje, jest opisana i badana, a mimo to niemal nie funkcjonuje w powszechnej świadomości Polaków.
A przecież wystarczyłoby o tym opowiedzieć
Nie potrzebujemy legendy o niezwyciężonych Słowianach ani opowieści o wielkim imperium, które ktoś wymazał z kronik. Prawdziwa historia Racibora jest ciekawsza właśnie dlatego, że nie trzeba do niej niczego dopisywać: był pomorski książę, była duża flota, była kilkusetkilometrowa wyprawa morska i był norweski ośrodek, który Słowianie zaatakowali i zdobyli.
O wikingach słyszałem od dziecka, o Raciborze i Kungahälli dowiedziałem się znacznie później i podejrzewam, że wielu z Was miało dokładnie tak samo. Nie wiem, czy było to efektem świadomego przemilczania, przyzwyczajenia autorów szkolnych programów, czy po prostu tego, że raz ułożonej opowieści o średniowieczu przez lata nikt nie miał potrzeby zmieniać.
Wiem natomiast, że kiedy poznaje się takie historie, zaczyna się inaczej patrzeć na przeszłość Słowian. Nie dlatego, że nagle trzeba robić z nich największych wojowników średniowiecznej Europy, ale dlatego, że okazują się znacznie ciekawsi niż obraz, który wielu z nas dostało w szkole.
I chyba właśnie to drażni mnie w tej historii najbardziej.
Nie trzeba było niczego wymyślać. Wystarczyło nam o tym powiedzieć.



