Kiedy chrześcijaństwo zaczęło docierać na ziemie Słowian, nie trafiało na religijną pustkę. Istniały tu własne wierzenia, obrzędy, święte miejsca i ludzie, którzy strzegli wiedzy przekazywanej przez pokolenia. Wśród nich byli wołchwowie. W czasach chrystianizacji ich rola przestała jednak ograniczać się do wróżb, obrzędów czy odczytywania znaków. Gdy dawny świat zaczął ustępować nowemu, niektórzy z nich stanęli na czele tych, którzy nie zamierzali oddać go bez oporu.
Kim właściwie był wołchw?

Najprościej byłoby nazwać go słowiańskim kapłanem, ale takie porównanie jest niedoskonałe. Nie znamy jednej organizacji religijnej obejmującej całą Słowiańszczyznę ani wspólnej hierarchii podobnej do późniejszej struktury Kościoła. Sama nazwa „wołchw” najlepiej poświadczona jest na terenach wschodniosłowiańskich, gdzie źródła opisują ludzi zajmujących się przepowiadaniem przyszłości, wróżbami i interpretacją znaków.
Nieco inną rolę przypisuje się żercom, częściej kojarzonym z publicznym kultem, świątyniami i składaniem ofiar. Granice pomiędzy tymi funkcjami nie musiały być jednak tak ostre, jak chcielibyśmy je dzisiaj widzieć. Wołchw mógł być przede wszystkim człowiekiem posiadającym szczególną wiedzę i autorytet. Zwracano się do niego podczas nieurodzaju, choroby czy innych wydarzeń, których znaczenie należało wyjaśnić.
W spokojnych czasach taki autorytet służył wspólnocie. Podczas wielkiej zmiany mógł stać się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym dla nowej władzy.
Nowa wiara nie przyszła sama
Chrystianizacja Słowiańszczyzny była procesem rozciągniętym na pokolenia. Chrzest władcy nie oznaczał, że wraz z nim całe społeczeństwo porzucało bogów swoich przodków. W państwie Piastów elity przyjęły chrześcijaństwo stosunkowo szybko, ale proces chrystianizacji poddanych trwał znacznie dłużej; w części opracowań mówi się o jego domykaniu dopiero w XIII–XIV wieku.
Nowa religia miała jednak potężnego sprzymierzeńca — władzę. Wraz z chrześcijaństwem pojawiały się kościoły, duchowieństwo i nowe normy, a dawny kult był stopniowo wypierany. Źródła i późniejsze opracowania wskazują również na przymus towarzyszący części procesu chrystianizacji oraz na trwałość dawnych praktyk mimo oficjalnego przyjęcia nowej religii.
Dla człowieka żyjącego w słowiańskiej osadzie nie była to więc wyłącznie abstrakcyjna zmiana teologiczna. Święty gaj mógł przestać być miejscem kultu, dawny obrzęd stawał się zakazany, a bóstwa czczone przez przodków zaczęto przedstawiać jako fałszywe albo demoniczne. Wraz z nową religią zmieniał się cały porządek społeczny.
I właśnie w takim świecie wołchw mógł z człowieka odprawiającego obrzędy stać się przywódcą oporu.
Kiedy za wołchwem szło miasto
Najmocniejsze przykłady pochodzą z XI-wiecznej Rusi. Powieść minionych lat opisuje wołchwów pojawiających się w czasach głodu, nieurodzaju i napięć społecznych. Ich działalność nie kończyła się na przepowiedniach. Potrafili zdobyć zwolenników i wystąpić przeciwko porządkowi reprezentowanemu przez chrześcijańską władzę.
Szczególnie wymowne są wydarzenia z 1071 roku w Nowogrodzie. Według kroniki wołchw zdołał pociągnąć za sobą znaczną część mieszkańców. Po przeciwnej stronie znaleźli się książę Gleb i biskup. Konflikt zakończył się śmiercią wołchwa z ręki księcia. W naukowych opracowaniach wołchwowie występujący w takich relacjach interpretowani są jako przedstawiciele dawnych elit religijnych, którzy w procesie chrystianizacji mogli stawać się naturalnymi przywódcami pogańskiego oporu.
To zmienia sposób, w jaki można na nich patrzeć. Nie byli jedynie samotnymi „czarownikami”, jak przedstawiały ich niektóre chrześcijańskie przekazy. Skoro ludzie byli gotowi za nimi pójść, musieli posiadać społeczny autorytet, którego nowa religia i związana z nią władza nie mogły po prostu zignorować.
Oczywiście znamy te wydarzenia przede wszystkim z przekazów strony chrześcijańskiej. Ich autorzy mieli własny język do opisywania przeciwników starej wiary. Tym bardziej warto patrzeć nie tylko na to, jak nazwano wołchwów, lecz także na to, ilu ludzi potrafili zgromadzić wokół siebie.
Bunt nie był wyjątkiem
Opór przeciwko chrystianizacji nie ograniczał się do Rusi. Na ziemiach polskich w latach trzydziestych XI wieku doszło do głębokiego kryzysu, któremu towarzyszyły wystąpienia przeciwko Kościołowi i elitom. Gall Anonim pisał o porzucaniu wiary katolickiej oraz buncie przeciw biskupom i kapłanom. Historycy wskazują jednocześnie, że wydarzenia te miały również silne podłoże społeczne i polityczne, dlatego tradycyjne określenie „reakcja pogańska” nie wyjaśnia całego zjawiska.
Nie mamy podstaw, aby twierdzić, że polskimi wystąpieniami kierowali wołchwowie znani ze źródeł ruskich. Sam opór wobec nowego porządku jest jednak poświadczony. Chrystianizacja nie była prostą historią, w której władca przyjmował chrzest, a lud bez sprzeciwu podążał za nim.
Jeszcze wyraźniej widać to na zachodnich krańcach Słowiańszczyzny. Tam dawna religia potrafiła utrzymywać własne sanktuaria, kapłanów i znaczenie polityczne długo po chrystianizacji sąsiednich ziem. Jednym z najbardziej niezwykłych przykładów była Arkona na Rugii, gdzie sanktuarium Świętowita przetrwało aż do XII wieku.
Nie chcieli odejść bez walki
Wołchwowie nie muszą być słowiańskimi czarodziejami z późniejszych wyobrażeń, żeby ich historia była fascynująca. Znacznie ciekawszy jest obraz ludzi posiadających autorytet we własnych społecznościach, którzy zobaczyli, że religia ich przodków jest stopniowo spychana na margines.
I nie wszyscy przyjęli to biernie.
Źródła pokazują wołchwów występujących przeciwko nowemu porządkowi, zdobywających zwolenników i doprowadzających do sytuacji, w których przeciwko nim musiała interweniować władza. Na innych ziemiach słowiańskich dochodziło do otwartych wystąpień przeciwko Kościołowi, niszczenia jego struktur i powrotu do dawnych praktyk. Przyczyny tych buntów były religijne, społeczne i polityczne jednocześnie — w średniowiecznym świecie tych rzeczy często nie dało się od siebie oddzielić.
Dlatego wołchw nie był tylko człowiekiem przepowiadającym przyszłość. W chwili, gdy stary świat znalazł się pod presją nowego, mógł stać się jego obrońcą i przywódcą ludzi, którzy nie chcieli wyrzec się tego, w co wierzyli ich przodkowie.
Chrześcijaństwo ostatecznie zwyciężyło, więc to jego kronikarze pozostawili nam większość opowieści o tamtych wydarzeniach. Wołchwowie zostali w nich „czarownikami”, „zwodzicielami” i przeciwnikami nowej wiary.
Ale sam fakt, że potrafili pociągnąć za sobą ludzi i zmusić książąt do reakcji, mówi o nich być może więcej niż określenia zapisane przez ich przeciwników.



