Co jest potężniejsze od miecza? Tajemnica. Można zdobyć twierdzę, pokonać armię i odebrać człowiekowi majątek, ale istnieje jeszcze inny rodzaj władzy — wiedza o tym, czego się boi, czego się wstydzi i co za wszelką cenę chciałby ukryć. Właśnie z tej perspektywy na spowiedź patrzę w „Ostatniej Wiedźmie”. Nie tylko jak na sakrament, lecz również jak na mechanizm, dzięki któremu przez stulecia duchowni mieli dostęp do najbardziej osobistych tajemnic ludzi stojących na każdym szczeblu społecznej hierarchii.
Nie oznacza to, że każda spowiedź była próbą zdobycia informacji ani że każdy duchowny wykorzystywał zasłyszane sekrety. Takie twierdzenie byłoby zbyt proste. Pozostaje jednak pytanie znacznie ciekawsze: co dzieje się wtedy, gdy jedna instytucja przez pokolenia uczy ludzi, że powinni ujawniać jej przedstawicielom rzeczy, których nie powiedzieliby nikomu innemu?
Kiedy przed spowiednikiem klękał król

Władca otoczony był ludźmi, którym nie zawsze mógł ufać. Doradcy mieli własne interesy, możni walczyli o wpływy, rodziny zawierały sojusze, a dworskie przyjaźnie potrafiły zmieniać się wraz z polityczną sytuacją. Był jednak człowiek, przed którym nawet monarcha miał mówić o swoim sumieniu.
I królewscy spowiednicy nie są literackim wymysłem. Badania nad europejskimi monarchiami pokazują, że byli obecni na dworach już od średniowiecza, a w epoce nowożytnej niektórzy stali się również doradcami monarchów. Szczególnie dobrze opisano ich rolę na dworach Francji i Hiszpanii, gdzie granica pomiędzy troską o sumienie władcy a doradzaniem mu w sprawach państwowych potrafiła być niezwykle cienka.
To właśnie tutaj pojawia się fascynujący paradoks. Człowiek, który słyszał o grzechach monarchy, jego rozterkach i moralnych wątpliwościach, mógł jednocześnie znajdować się blisko miejsca, w którym podejmowano decyzje polityczne. Historycy wskazują nawet przypadki królewskich spowiedników uczestniczących w radach i debatach dotyczących konkretnych decyzji państwowych.
Nie trzeba więc tworzyć teorii o tajnym archiwum cudzych grzechów, żeby zauważyć coś znacznie prostszego: spowiednik mógł znać człowieka stojącego za koroną w sposób niedostępny dla większości jego otoczenia.
Od pałacu do zwykłego domu
Ale spowiedź nie pozostała praktyką władców i elit. W 1215 roku IV Sobór Laterański nałożył na wiernych, którzy osiągnęli odpowiedni wiek, obowiązek spowiadania się przynajmniej raz w roku. Był to moment niezwykle ważny dla późniejszej historii tej praktyki.
I właśnie tutaj perspektywa zaczyna się zmieniać.
Przed duchownym klękał już nie tylko król. Klękał książę, rycerz, kupiec, rzemieślnik i chłop. Człowiek miał zajrzeć w siebie, odnaleźć własne przewinienia, nazwać je i wypowiedzieć. To, co wcześniej mogło pozostać pomiędzy nim a jego sumieniem, otrzymywało drugiego słuchacza.
Przez kolejne pokolenia zmieniały się państwa, granice, języki i władcy. Zmieniały się również same formy praktyk religijnych. Pozostawała jednak niezwykła idea: aby uzyskać sakramentalne rozgrzeszenie, człowiek wyznaje swoje grzechy drugiemu człowiekowi.
Ten, kto zna sekret, posiada wiedzę
Oczywiście Kościół otoczył spowiedź tajemnicą, a dla osoby wierzącej jej sens jest przede wszystkim religijny. Ale „Ostatnia Wiedźma” patrzy na ten mechanizm z innej strony. Nie pyta jedynie o to, czym spowiedź miała być. Pyta również, jaką pozycję dawała człowiekowi wiedza uzyskana podczas najbardziej intymnej rozmowy z drugim człowiekiem.
Bo sekret ma wartość nawet wtedy, kiedy nigdy nie zostanie wypowiedziany publicznie.
Wiedzieć, czego boi się władca. Wiedzieć, z czym zmaga się możny. Znać rodzinne konflikty, zdrady, pragnienia, poczucie winy i rzeczy, których człowiek wstydzi się najbardziej. To szczególny rodzaj wiedzy — takiej, której nie zdobywa się mieczem ani pieniędzmi.
Dlatego w świecie „Ostatniej Wiedźmy” spowiedź może stać się również narzędziem kontroli. Nie dlatego, że każdy spowiednik szantażuje człowieka siedzącego po drugiej stronie. Mechanizm jest subtelniejszy. Człowiek sam przychodzi. Sam mówi. Sam odsłania miejsca, w których jest najbardziej bezbronny.
A druga strona słucha.
Rytuał, który przetrwał stulecia
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że nie mówimy wyłącznie o średniowiecznej praktyce, którą można oglądać na rycinach albo opisywać w książkach historycznych. Konfesjonały nadal stoją w kościołach, a spowiedź pozostaje częścią życia milionów katolików.
I tutaj pojawia się najbardziej niewygodne pytanie z tej historii.
Do spowiedzi przystępują również dzieci. Od najmłodszych lat uczą się analizować swoje zachowanie w kategoriach grzechu, a następnie mówić o nim dorosłemu człowiekowi znajdującemu się po drugiej stronie konfesjonału. Dla osoby wierzącej jest to element wychowania religijnego i sakramentu pojednania. Można jednak spojrzeć na tę samą sytuację inaczej i zapytać, czy dziecko zawsze potrafi rozumieć granicę pomiędzy własną prywatnością, poczuciem winy, wstydem a religijnym obowiązkiem wyznania grzechów.
Zwłaszcza że właśnie wtedy człowiek dopiero uczy się, które części swojego wewnętrznego świata należą wyłącznie do niego.
Między człowiekiem a Stwórcą
I być może właśnie tutaj dochodzimy do pytania ważniejszego od całej historii spowiedzi.
Jeżeli człowiek wierzy w istnienie Stwórcy, który zna jego myśli, czyny, lęki i intencje, dlaczego potrzebuje jeszcze kogoś, komu ma je wypowiedzieć? Dlaczego przebaczenie ma wymagać obecności drugiego człowieka? Dlaczego pomiędzy sumieniem a Bogiem pojawia się pośrednik?
Nie zamierzam odpowiadać na te pytania za czytelnika. W „Ostatniej Wiedźmie” są one częścią większego sporu o władzę, pamięć i o to, kto przez stulecia otrzymywał prawo do określania, w co człowiek powinien wierzyć, czego powinien się bać i w jaki sposób powinien szukać przebaczenia.
Historia spowiedzi pokazuje jednak coś, nad czym warto zatrzymać się na chwilę: przez stulecia zmieniali się ludzie siedzący po obu stronach konfesjonału, lecz sama potrzeba wypowiedzenia przed kimś własnych win pozostała.
Innym przykładem tego, jak wiara splatała się niegdyś z prawem i osądem człowieka, były ordalia — sądy Boże, które miały pozwolić samemu Bogu wskazać winnego
Dlatego być może najważniejsze pytanie wcale nie dotyczy tego, co człowiek mówi podczas spowiedzi.
Tylko tego, komu właściwie powinien to powiedzieć.
Czy naprawdę potrzebujemy pośrednika między sobą a Stwórcą?



