Jak Słowianie mówili „kocham cię”?

miłość0

Dzisiaj wydaje się oczywiste, że miłość trzeba nazwać — powiedzieć „kocham cię”, napisać wiadomość, kupić kwiaty albo pamiętać o rocznicy. Czasem wręcz oczekujemy tych dwóch słów jako potwierdzenia, że uczucie naprawdę istnieje, choć przez większą część historii ludzie żyli w świecie, w którym codzienność wyglądała zupełnie inaczej, a troska o drugiego człowieka znacznie częściej musiała przyjmować bardzo praktyczną formę.

Nie oznacza to oczywiście, że dawni Słowianie nie znali romantycznych uczuć albo nie potrafili mówić o miłości. Problem jest znacznie prostszy — o ich prywatnych rozmowach wiemy bardzo niewiele, ponieważ nie pozostawili nam listów miłosnych, pamiętników ani zapisów zwyczajnych słów wypowiadanych wieczorem przy ogniu. Wiemy natomiast, że rodzina i gospodarstwo tworzyły wspólnotę, której codzienne funkcjonowanie wymagało współpracy, dlatego troska o drugiego człowieka bardzo często musiała wyrażać się poprzez działanie.

I być może właśnie tam warto szukać dawnego „kocham cię”.

Miłość, od której zależało życie

miłość0

Wyobraźmy sobie wieś sprzed setek lat, bez sklepu za rogiem, ogrzewania uruchamianego jednym ruchem czy telefonu, którym w kilka sekund można wezwać pomoc. Jedzenie trzeba było wyhodować, zebrać albo zdobyć, drewno przygotować przed nadejściem zimy, ogień rozpalić i podtrzymywać, zwierzęta nakarmić, a ubranie uszyć, naprawić i zachować na kolejne lata. Codzienność składała się z dziesiątek czynności, których wykonanie decydowało nie tylko o wygodzie, lecz często również o bezpieczeństwie całej rodziny.

W takim świecie przyniesienie drewna, przygotowanie jedzenia, naprawienie ubrania czy przejęcie części obowiązków drugiej osoby mogło mieć znacznie większą wagę niż dzisiaj. Nie dlatego, że ludzie nie potrzebowali słów albo nie potrafili okazywać emocji, lecz dlatego, że czyny miały bardzo konkretną wartość, a troska o bliskiego człowieka była jednocześnie troską o jego zdrowie, bezpieczeństwo i przetrwanie.

Zrobiłem ci coś do jedzenia

Jedzenie zajmuje szczególne miejsce niemal w każdej kulturze, ponieważ nakarmienie drugiego człowieka jest jednym z najbardziej podstawowych gestów troski. W tradycyjnej społeczności jego znaczenie było jeszcze większe, gdyż zdobycie i przygotowanie pożywienia wymagało czasu oraz pracy, której dzisiaj często już nie dostrzegamy.

Chleb nie pojawiał się w domu po krótkiej wizycie w piekarni. Zanim trafił na stół, ktoś musiał zasiać zboże, zebrać je, wymłócić i zemleć, a później przygotować ciasto, rozpalić piec i go upiec. Podzielenie się jedzeniem oznaczało więc podzielenie się czymś, w co wcześniej włożono własny czas i wysiłek, dlatego zwyczajne nakarmienie drugiego człowieka mogło być jednym z najbardziej namacalnych sposobów okazania mu troski.

Być może właśnie dlatego również dzisiaj tak naturalnie pytamy bliską osobę: „Zjadłeś coś?”. Pozornie pytamy tylko o jedzenie, ale bardzo często naprawdę chcemy powiedzieć: „Martwię się o ciebie i chcę wiedzieć, czy wszystko jest w porządku”.

Ubierz się, bo zimno

„Weź czapkę”, „załóż coś cieplejszego”, „nie siedź tak długo na zimnie” — trudno wyobrazić sobie zdania mniej romantyczne, a jednocześnie chyba każdy z nas słyszał je od kogoś, komu na nim zależało. Dzisiaj czasem przewracamy na nie oczami, jednak w świecie, w którym odpowiednie ubranie, schronienie i przygotowanie do zimy miały znacznie poważniejsze znaczenie, podobna troska była czymś więcej niż nadopiekuńczym przypomnieniem.

Dbanie o to, aby bliska osoba była bezpieczna, najedzona i przygotowana na pogodę, należało do codzienności. Zmieniły się materiały, ubrania i domy, w których mieszkamy, ale sam gest pozostał zaskakująco podobny — nadal przypominamy komuś o kurtce nie dlatego, że interesuje nas jego garderoba, lecz dlatego, że nie chcemy, żeby zmarzł.

Wróć bezpiecznie

Dzisiaj piszemy: „Daj znać, jak będziesz w domu”. To zdanie brzmi całkowicie współcześnie — telefon mamy w kieszeni, a wiadomość możemy wysłać w kilka sekund — jednak uczucie, które za nim stoi, jest znacznie starsze niż technologia pozwalająca nam je wyrazić.

Podróż przez las, między osadami czy do odległego grodu nie była kiedyś czymś oczywistym, ponieważ droga oznaczała ryzyko, a bezpieczny powrót człowieka miał znaczenie nie tylko dla niego samego, lecz również dla rodziny i całej wspólnoty. Nieprzypadkowo z wyruszaniem w drogę wiązały się liczne zwyczaje i przesądy, których ślady w różnych formach przetrwały do naszych czasów.

Dzisiaj nie siedzimy przy ogniu, wypatrując na drodze sylwetki wracającego podróżnego. Patrzymy na ekran telefonu i czekamy na jedno krótkie „jestem”, ale sens tego oczekiwania właściwie się nie zmienił — chcemy po prostu wiedzieć, że ktoś, na kim nam zależy, bezpiecznie wrócił.

Miłość była również obowiązkiem

W tym miejscu warto odsunąć na bok romantyczny obraz dawnej słowiańskiej wsi, ponieważ małżeństwo nie zawsze było historią dwojga ludzi, którzy zakochali się w sobie i postanowili wspólnie przeżyć życie. Związki stanowiły część struktury rodzinnej i społecznej, a przy ich zawieraniu znaczenie mogły mieć interesy rodzin, majątek, pozycja oraz obowiązki wobec wspólnoty.

Nie oznacza to, że ludzie się nie kochali, lecz jedynie, że miłość funkcjonowała w innych warunkach niż współczesny romantyczny ideał. Dlatego nie powinniśmy wkładać w usta dawnych Słowian naszych dzisiejszych wyobrażeń ani udawać, że wiemy, co mąż mówił żonie, kiedy zostawali sami, jak żona żegnała męża wychodzącego z domu albo jakie słowa istniały tylko między dwojgiem ludzi i nigdy nie zostały zapisane.

Możemy natomiast dostrzec coś, co nie wymaga dopisywania przeszłości romantycznej historii. Codzienność wymagała współpracy, a życie jednej osoby bardzo często zależało od pracy i troski innych.

Najstarszy język miłości

Ktoś wstawał wcześniej, żeby rozpalić ogień, ktoś zostawiał drugiej osobie lepszy kawałek jedzenia, naprawiał coś, zanim ktokolwiek zdążył o to poprosić, czekał na czyjś powrót albo przykrywał śpiącego. Nie potrafimy udowodnić, że dawni Słowianie traktowali właśnie te konkretne czynności jako odpowiednik słów „kocham cię” i nie powinniśmy przedstawiać tego jako historycznego faktu. Możemy jednak spojrzeć na podobne gesty jako na część codziennej troski, bez której wspólne życie byłoby znacznie trudniejsze.

Wystarczy zresztą rozejrzeć się po naszych własnych domach. Babcia pyta, czy nie jesteśmy głodni, ojciec bez słowa naprawia coś, co od tygodnia nie działa, matka przypomina, żeby cieplej się ubrać, partner zostawia zapalone światło, kiedy wracamy późno, a ktoś bliski wysyła wiadomość: „Napisz, jak dojedziesz”. Za każdym z tych gestów kryje się coś więcej niż jego dosłowne znaczenie.

Zmieniły się domy, ubrania i drogi, zmieniły się sposoby podróżowania, a nawet słowa, którymi opisujemy uczucia, ale niektóre formy troski okazują się zadziwiająco trwałe. Być może dlatego najważniejszego „kocham cię” rzeczywiście nie zawsze trzeba wypowiedzieć.

Czasem wystarczy wiedzieć, kto zostawił dla nas światło.

Obejrzyj krótki filmik na ten temat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry