Są takie dni w roku, które obchodzimy niemal automatycznie. Malujemy jajka, oblewamy się wodą, zapalamy ogień w najkrótszą noc roku, wspominamy zmarłych, przynosimy do domu zielone gałązki, siadamy przy wspólnym stole albo splatamy wieniec z ostatnich kłosów. Dziś większość tych zwyczajów kojarzymy ze świętami chrześcijańskimi albo po prostu z polską tradycją. Kiedy jednak zaczniemy zdejmować z nich kolejne warstwy, okazuje się, że część prowadzi nas znacznie dalej w przeszłość — do czasów, kiedy na tych ziemiach nikt jeszcze nie znał chrześcijańskiego kalendarza.
Chrystianizacja nie sprawiła przecież, że ludzie z dnia na dzień zapomnieli o świecie, w którym żyli ich rodzice i dziadkowie. Nadal obserwowali wędrówkę słońca, nadejście wiosny, czas zbiorów i początek zimy. Nadal bali się śmierci, pamiętali o przodkach, prosili o urodzaj i próbowali zapewnić sobie pomyślność. Gdy dawnych obrzędów nie udawało się wykorzenić, wiele z nich otrzymywało nowe znaczenie i zaczynało funkcjonować w nowym porządku religijnym.
Zmieniały się nazwy. Zmieniały się opowieści. Gesty pozostawały.
Noc Kupały stała się nocą świętojańską

Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów jest Noc Kupały, związana z letnim przesileniem i najkrótszymi nocami roku. Był to czas ognia, wody, płodności, miłości i natury znajdującej się u szczytu swoich sił. Rozpalano ogniska, przez które skakano, młode kobiety puszczały na wodę wianki, a noc stawała się przestrzenią wróżb, spotkań i poszukiwania tego, co w zwykłym świecie pozostawało ukryte.
Po przyjęciu chrześcijaństwa dawne święto nie zniknęło. Związało się z obchodzoną w podobnym czasie wigilią św. Jana Chrzciciela, a Kupalnocka zaczęła funkcjonować również jako noc świętojańska. Święto otrzymało chrześcijańskiego patrona, lecz ogień nadal płonął, wianki nadal płynęły z nurtem rzek, a ludzie wciąż wychodzili nocą ku wodzie i lasom.
Nawet legenda o kwiecie paproci, który miał zakwitać tylko podczas tej jednej niezwykłej nocy i przynosić znalazcy szczęście oraz bogactwo, przetrwała znacznie dłużej niż świat, w którym narodziła się sama opowieść.
Dziady ustąpiły miejsca Zaduszkom
Jesień przynosiła zupełnie inne spotkanie — ze zmarłymi. W dawnych wierzeniach granica pomiędzy światem żywych i umarłych nie zawsze była szczelna, a przodkowie pozostawali częścią wspólnoty nawet wtedy, gdy ich ciała dawno spoczęły w ziemi.
Dziady były czasem poświęconym właśnie im. Wierzono, że dusze zmarłych mogą powracać do miejsc, w których kiedyś żyły, dlatego należało je odpowiednio przyjąć. Pozostawiano dla nich jedzenie i napoje, rozpalano ogień, wspominano tych, którzy odeszli, a żywi na krótki czas ponownie dzielili swoją przestrzeń z umarłymi.
Chrześcijaństwo przyniosło własne święta poświęcone zmarłym — Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny — lecz potrzeba pamiętania o przodkach pozostała. Zmieniły się modlitwy i rytuały, ale jesienią nadal idziemy na groby, zapalamy ogień i spotykamy się tam, gdzie spoczywają nasi bliscy.
Być może właśnie w takich chwilach najlepiej widać, jak trudno całkowicie wymazać zwyczaj odpowiadający na jedną z najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb: pamięć o tych, którzy byli przed nami.
Szczodre Gody odnalazły się w Bożym Narodzeniu
Zimowe przesilenie również miało szczególne znaczenie. Najdłuższe noce dobiegały końca, dzień zaczynał się wydłużać, a wraz z nim powracała nadzieja na światło i rozpoczęcie kolejnego cyklu natury. Z tym okresem wiązane są Szczodre Gody — czas ucztowania, wróżb, obdarowywania, odwiedzania domów i obrzędów mających zapewnić pomyślność w nadchodzącym roku.
Wiele elementów dawnych zimowych zwyczajów odnajdujemy później w okresie Bożego Narodzenia. Wspólna uczta, szczególne znaczenie domowego stołu, obecność słomy i siana, kolędowanie, odwiedzanie gospodarstw przez przebierańców, wróżby dotyczące przyszłego roku czy przekonanie, że w tę wyjątkową noc świat ludzi i natury funkcjonuje nieco inaczej niż zwykle — wszystko to tworzy warstwę tradycji znacznie bogatszą niż sam religijny wymiar święta.
Do dziś powtarzamy nawet opowieść, że w noc wigilijną zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. Dla współczesnego człowieka to niewinna legenda opowiadana dzieciom. W świecie dawnych wierzeń przekonanie, że istnieją szczególne momenty roku, podczas których zwyczajny porządek zostaje zawieszony, miało jednak zupełnie inne znaczenie.
Nowa religia opowiedziała historię zimowego święta własnym językiem.
Stary świat nie zniknął z niego całkowicie.
Wiosna, jajko i woda
Kiedy po zimie ziemia ponownie zaczynała rodzić, trudno było przejść obok tego obojętnie. Dla społeczności zależnych od rytmu natury nadejście wiosny oznaczało znacznie więcej niż zmianę pory roku — było powrotem życia.
Dlatego wiosenne obrzędy pełne były symboli odrodzenia, płodności, oczyszczenia i nowego początku. Jajko, w którym pod twardą skorupą ukrywa się życie, stało się jednym z najbardziej czytelnych symboli tego cyklu. Woda oczyszczała i miała przynosić siłę, zdrowie oraz płodność. Zielone gałęzie przypominały, że po miesiącach pozornego uśpienia natura ponownie się budzi.
Dzisiaj malujemy pisanki, święcimy pokarmy, przynosimy palmy i w Poniedziałek Wielkanocny oblewamy się wodą. Dla większości z nas są to po prostu elementy Wielkanocy, tak mocno wpisane w święta, że trudno wyobrazić je sobie bez nich.
A jednak pod chrześcijańską warstwą nadal można dostrzec bardzo stary obraz: świat budzący się po zimowej śmierci.
Ostatni snop zboża
Podobnie było z końcem lata i zbiorami. Dla ludzi żyjących z ziemi żniwa nie oznaczały jedynie zakończenia kolejnego etapu pracy. Od wysokości plonów zależało, czy wspólnota przetrwa zimę, dlatego zakończenie zbiorów musiało mieć swoją obrzędową oprawę.
Szczególne znaczenie mógł mieć ostatni snop, ostatnie kłosy oraz wykonany z nich wieniec. Zboże nie było wyłącznie pożywieniem — symbolizowało ciągłość życia i przyszłe plony. Zebrane z pola ziarno miało przecież za kilka miesięcy ponownie trafić do ziemi.
Dawne święta plonów zmieniały się wraz ze światem, który je stworzył, lecz sama potrzeba świętowania zakończenia żniw pozostała. Dożynki obchodzimy przecież do dzisiaj. Nadal pojawiają się wieńce wykonane ze zbóż, chleb wypieczony z tegorocznego ziarna, wspólna uczta i podziękowanie za plony. Religijna interpretacja tych gestów mogła się zmienić, ale ich związek z ziemią pozostał niezwykle czytelny.
Czy dawne święta naprawdę zniknęły?
Chrystianizacja ziem słowiańskich trwała przez pokolenia. Można było zniszczyć posąg, wznieść kościół w miejscu dawnego sanktuarium albo zakazać określonego obrzędu, znacznie trudniej było jednak sprawić, aby ludzie przestali wykonywać gesty przekazane im przez rodziców i dziadków.
Z czasem sami mogli już nie pamiętać ich pierwotnego znaczenia. Ogień stawał się elementem zabawy, jajko ozdobą wielkanocnego stołu, wieniec częścią dożynek, a pozostawione dla zmarłych jedzenie ustępowało miejsca zniczowi zapalonemu na grobie. Dawny rytuał stawał się zwyczajem, zwyczaj tradycją, a tradycja czymś wykonywanym dlatego, że „tak się przecież zawsze robiło”.
I być może właśnie w tym tkwi największa siła pamięci.
Nie musi przetrwać świątynia. Nie musi zachować się kronika. Czasem wystarczy gest powtarzany przez kolejne pokolenia.
Z dawnym wyobrażeniem światła, pomyślności i daru łączy się również Dadźbóg — bóg, którego imię przetrwało w niezwykle ciekawym językowym śladzie
Zmieniły się nazwy. Pamięć została.
Las pamięta więcej, niż zapisano w kronikach.



